Od entuzjazmu do frustracji
Luftwaffe sama skazała się na klęskę w bitwie o Anglię – przez zbytnią pewność siebie oraz braki w sprzęcie i ludziach.
James HolandW drugim dniu września 1940 roku Siegfried Bethke, 23-letni niemiecki pilot myśliwca, siedział na lotnisku w Beaumont-le-Roger w Normandii i notował coś w dzienniku. Pamiętnik dostał rok wcześniej od narzeczonej z dedykacją: „W tych chwilach wielkiej wagi trzeba prowadzić dziennik. Jestem ciekawa, jakie słowa tutaj napiszesz”.
Jego wcześniejsze notki były raczej entuzjastyczne, wyrażały podniecenie i dużą pewność siebie w czasach, gdy wydawało się, że Luftwaffe zmiata wszystko przed sobą. Teraz jednak ich ton się zmienił, coraz częściej odzwierciedlały niepokój i frustrację. Za każdym razem, gdy niemieckie samoloty docierały w końcu do Anglii, brytyjskie myśliwce już na nie czekały, unosząc się nad nimi. „Prawie nigdy nie możemy ich zaskoczyć” – zanotował.
Co gorsza, było niewiele czasu na walkę z wrogiem – messerschmitty 109 nie miały takiego zasięgu, jakiego od nich wymagano, wszyscy czuli strach przed awaryjnym wodowaniem z braku paliwa w kanale La Manche. Dobrze wiedzieli, że pas morza oddzielający Wielką Brytanię od Francji, z wysokości sześciu tysięcy metrów wygląda na wąski, ale staje się ogromny, gdy samotny pilot kołysze się na falach, czekając na ekipę ratowniczą, która niemal na pewno go nie znajdzie.
na podst. © Telegraph Media Group Ltd
Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Forum".
